Eldorado jest moją pierwszą (a na pewno nie ostatnią) płytą autorską, zawierającą - na moje wyczucie - te rzeczy, z którymi najbardziej się identyfikuję i które najchętniej grywam na swoich recitalach, uważam jednak, że samo nagranie jest tylko niepełną informacją o "muzycznym zaistnieniu", bo tylko żywy koncert daje szansę realnego przeżycia zarówno słuchającym, jak i mnie...
Gdybym miał określić, jaki gatunek muzyczny uprawiam, miałbym kłopot; na ogół obok określenia "piosenka autorska" (które to określenie - z muzycznego punktu widzenia nie za wiele określa) pojawia się hasło "poezja śpiewana". Wojtek Belon czujnie kiedyś zauważył, że poezja nie musi być śpiewana, bo śpiewa sama i świetnie się bez doczepionej do Niej muzyczki ma... Poza tym z poezją jest trochę jak z jazzem: trudno określić miejsce, w którym Ona się zaczyna... jedni odżegnują się od Jacka Kleyffa, a ci drudzy puryści będą zaś niemiłosiernie krzywić się na Garbarka... bo tamto - to przecież jeszcze nie poezja, a to - to już nie jazz... kwestia definicji, ale definiowanie na szczęście do moich obowiązków nie należy i zostawiam je na własny, prywatny użytek.
Moim muzycznym źródłem byli, są i będą Beatlesi. "Strawberry Fields Forever"... z nimi przeżyłem duchowe emocje, przy których wszelkie późniejsze spotkania z "muzą" były szukaniem tego pierwszego spotkania... jak wspomnienie pierwszej miłości...
Wcześnie spotkałem jazz, który odtąd Oceanem mi jest... Kocham kompozycje Jarret'a i Matheny'ego... Polskie fascynacje to Wasowski, Konieczny, Szpilman, Kurylewicz... cudowni, wspaniali kompozytorzy - klarowni, rozpoznawalni po kilku taktach... muzyka lekka, przezroczysta jak wiatr, jak koronka z pajęczyny, ale ile trzeba mieć w sobie cierpienia, ile radości, mądrości, ile bogactwa... i ile pracy trzeba, by osiągnąć tak niebywałą lotność...
"Eldorado" jest moją nauką latania. Czasem myślę - trochę późno... ale na Nią to podobno nigdy za późno.

